roku.

  
Śmiłowice herb

Z DAWNYCH DZIEJÓW


6 sierpnia 2017

Jak stare są Śmiłowice?

Rok 2017 - 500 lat Śmiłowic

Wielu z nas zadaje sobie pytanie od jak dawna istnieją Śmiłowice. Tego się pewno nigdy nie dowiemy. W takim razie pozostaje pytanie jaka jest pierwsza znana wzmianka pisana o Mikołowie?

Mikołów, którego jesteśmy obecnie częścią, swoje początki datuje na rok 1222, kiedy to jest wymieniony w dokumencie wydanym przez księcia opolskiego Kazimierza I dla biskupa wrocławskiego Wawrzyńca, gdzie jako świadek wymieniony jest komes Andrzej, kasztelan z Mikołowa (oryg. comes Andreas, castellanus de Miculow). Świadczy to o tym, iż Mikołów pełnił już funkcje w administracji państwowej jako gród i siedziba kasztelanii (dzisiejszy odpowiednik kasztelanii to powiat).

Idąc tym tropem i szukając w internecie możemy na stronie Wikipedii pod hasłem Śmiłowice znaleźć wzmiankę o naszej wsi. https://pl.wikipedia.org/wiki/Śmiłowice_(Mikołów) na dole w Przypisach jest zdanie: "Ludwik Musioł. Dokument sprzedaży księstwa pszczyńskiego z dn. 21. lutego 1517 R.. „Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku”. R. 2, s. 235–237, 1930. Katowice: nakł. Towarzystwa ; Drukiem K. Miarki." Zadajecie sobie pewno pytanie czy wspomniany Rocznik jest gdzieś dostępny? Tak - można go znaleźć na stronie Biblioteki Śląskiej w Katowicach pod adresem: https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/10219?tab=1. Tam na stronach od 232 do 243 Rocznika (na przeglądarce strony 265 - 276) znajduje się wzmiankowany artykuł:
Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. tytułowa Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 232 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 233 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 234 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 235 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 236 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 237 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 238 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 239 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 240 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 241 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 242 Roczniki Towarzystwa Przyjaciół Nauk na Śląsku R. 2 str. 243

Wspomniany w roczniku dokument jest datowany na 21 lutego 1517 r. - ma więc 500 lat. wzmianka o Śmiłowicach jest na stronie 236 Rocznika:
sm_01 (13 kB)
jako o jednej ze sprzedanych przez Kazimierza II księcia Cieszyńskiego Aleksemu Thurzonowi wsi i miast księstwa Pszczyńskiego. Na stronie 239 znajduje się następująca wzmianka:
sm_02 (51 kB)
Wynika z niej że autorowi artykułu - Ludwikowi Musiołowi, były znane wcześniejsze dokumenty mówiące m. in. o Śmiłowicach, oraz że nasza miejscowość jest starsza niż Tychy.

Możemy zatem świętować 500 lat naszej wsi.

Może ktoś z Państwa znajdzie czas i możliwości by sprawdzić opisany przez Ludwika Musioła dokument w archiwach i udostępni jego zdjęcie, lub nawet odszuka wcześniejsze dokumenty mówiące o Śmiłowicach.

Grzegorz Bubała


Bunkry w Śmiłowicach

Rozpoczynamy cykl krótkich tekstów, poświęconych nieznanym lub słabo znanym epizodom z dziejów Górnego Śląska w przededniu inwazji niemieckiej na Polskę 1939 roku. Dziś pierwszy fragment na temat mikołowskiego odcinka linii umocnień nazywanych "Śląską Linią Maginota". 76 lat temu zaczęła ona pełnić bardzo ważną rolę w systemie obrony zachodniej granicy Polski. Obszar Warowny Śląsk (OWŚ) - bo tak brzmiała jej właściwa nazwa - pojawił się w koncepcjach polskiego dowództwa już pod koniec lat dwudziestych. Pierwsze zaś schrony wybudowano w 1933 r. (w Bobrownikach i Dąbrówce Wielkiej). Zadaniem systemu miało być uszczelnienie granicy wokół okręgu przemysłowego polskiej części Górnego Śląska. Jednym z założeń było tworzenie skupisk bunkrów zdolnych do obrony okrężnej, tzw. gniazd oporu, których celem miało być nie dopuszczenie do okrążenia broniącego się oddziału. Dla zmylenia agresora tworzono również obiekty pozorne i pozorno bojowe. Ostatecznie w chwili wybuchu wojny system umocnień rozciągał się na długości ponad 60 km, od Przeczyc po Wyry. Tworzyło go około 180 budowli. Czyni to system ten jednym z najbardziej wyjątkowych zabytków polskiej myśli fortyfikacyjnej w dwudziestym stuleciu. Dziś informacje na temat odcinka "Mikołów" i bunkrów znajdujących się w Śmiłowicach.

Na terenie obecnego sołectwa Śmiłowice znajdują się trzy dobrze zachowane, polskie bunkry i jeden schron - pochodzące sprzed drugiej wojny światowej (budowane w latach 1933 - 1939), a należące do umocnień obronnych - stałych, które wchodziły w skład odcinka "Mikołów" Obszaru Warownego "Śląsk". Zadaniem ich była obrona tego fragmentu granicy ówczesnego państwa. Swój chrzest przeszły we wrześniu 1939 roku. Dwa z nich stoją niedaleko szosy łączącej Mikołów z Gliwicami. Pierwszy około 200 m na południe od ul Kawalca 36, drugi około 100 m na północnym - wschodzie od tej drogi.

Trzeci schron jest umiejscowiony w pobliżu gospodarstwa przy ulicy Kawalca 1a, a czwarty obok samotnych zabudowań na południe od wsi. Jest jeszcze piąty, ale podniszczony, w lesie za kościołem parafialnym w Śmiłowicach.

Tworzyły one wraz z bunkrami w Wyrach, Mokrym, Mikołowie ciągłą linię obronną zwaną, jak już wspomniano, odcinkiem "Mikołów". Obsadzały je załogi forteczne należące do 23 Dywizji Piechoty, a dowództwo na odcinku mikołowskim sprawował pułkownik Władysław Kiełbasa, który zginął bohatersko w bitwie wyrskiej.

Uzbrojenie tutejszych bunkrów stanowiły ręczne i ciężkie karabiny maszynowe, armaty 75 mm i działko przeciwpancerne 37 mm. Do obiektów towarzyszących należały umocnienia polowe wraz z budynkami zakwaterowania i magazynami amunicji.

Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry Bunkry
Krzysztof Tracki


Fundacja Patriotyczna Silesia Superior

Prowadzona przez mieszkańca Śmiłowic, Krzysztofa Trackiego, Fundacja Patriotyczna Silesia Superior włącza się aktywnie do debaty publicznej na temat ważnych spraw Śląska. Uznając potrzebę wspierania inicjatyw na rzecz odbudowy poczucia więzi Górnego Śląska z Polską i polskością - a stwierdzając zarazem niepokojącą tendencje zawłaszczania narracji o Śląsku i śląskości przez środowiska krytyczne wobec Polski - organizuje debaty, pracuje z młodzieżą, rozprowadza m.in. gadżety patriotyczne.

Fundacja działa od roku. Już jednak może się poszczycić pierwszymi sukcesami. Poniżej zamieszczamy link do relacji z konferencji i panelu dyskusyjnego pt. "Pamięć historyczna na Górnym Śląsku. Jaka jest i jaka być powinna?". Odbyła się ona w 14 maja 2014 roku w katowickim Hotelu Diament Plaza z udziałem reprezentantów różnych środowisk społeczno-politycznych: dr Krzysztofa Trackiego (prezesa Fundacji), dr Miłosza Skrzypka (Uniwersytet Śląski w Katowicach), dr inż. Henryka Mercika (Ruch Autonomii Śląska), Jakuba Kalusa (Ruch Narodowy), dr Mariusza Siwonia (Stowarzyszenie Silesia Superior), Adama Zawiszy (Ruch Narodowy) i Przemysława Miśkiewicza (Stowarzyszenie Pokolenie). Całość prowadził red. Sylwester Strzałkowski z Radio Em.

Strony internetowe Fundacji Patriotycznej Silesia Superior:
http://www.fundacjapatriotyczna.pl/

facebookhttps://www.facebook.com/FPSSKT?fref=ts

gmb


Zapomniany dziennikarz – zapomniane dziennikarstwo

Mam przyjemność po raz kolejny przedstawić Państwu artykuł autorstwa śmiłowicznina Pana Krzysztofa Trackiego. Tym razem dotyczy on postaci znanego w okresie międzywojennym, mieszkającego na Śląsku dziennikarza Bolesława Surówki. Naszej stronie została udostępniona jego pełna wersja, natomiast wersja skrócona ukaże się w kolejnym numerze "Kuriera Wnet" - pisma redagowanego przez Krzysztofa Skowrońskiego - aktualnego przewodniczącego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Możemy więc żartobliwie pochwalić się że nasza strona wyprzedziła "gwiazdę" polskiego dziennikarstwa.

skowroński (41 kB)
gmb

Górny Śląsk oczami Bolesława Surówki

Jakże wiele niezwykłych doświadczeń skrywa w sobie życie jednego z największych dziennikarzy w dziejach śląskiej prasy, redaktora Bolesława Surówki. Jakże wiele wiedzy o Śląsku i jego mieszkańcach zachował dla nas w felietonach „Pod włos”, publikowanych w „Polonii” – dzienniku założonym przez Wojciecha Korfantego w 1924 r. Po wojnie Surówka powrócił do Katowic, wiążąc się z „Dziennikiem Zachodnim”. Do śmierci (w 1982 r.) pozostał symbolem dziennikarskiej rzetelności, encyklopedycznej wiedzy i szczerej fascynacji historycznym fenomenem odrodzenia polskości na Śląsku – ziemi, która na jego oczach powróciła na łono Macierzy. Przez znawców został zapamiętany jako wybitny obserwator życia, politycznego i artystycznego, krytyk i recenzent. Bliscy znali jego niezwykłą dbałość o czystość literackiej polszczyzny. Rzadziej w obrazie jego życia eksponowany jest epizod wojenny (oficerska służba w 73 Pułku Piechoty w czasie kampanii wrześniowej), a także jego krytyczny stosunek do wpływów niemczyzny na Śląsku. Tym bardziej wielu chciałoby zapomnieć o jego niechęci do śląskich separatystów, również w okresie międzywojennym zapatrzonych w Niemcy i niemczyznę.

Podstawę po temu daje bogata spuścizna dziennikarska Surówki, w tym napisana ze swadą książka „Było – minęło”. To zbiór wspomnień o tej części Górnego Śląska, która po zakończeniu powstań przypadła odrodzonej Polsce. Zbiór cenny, niewolny od subiektywnych ocen, przesiąknięty polskim spojrzeniem, ukazujący wszakże tę ziemię pogranicza jako owoc swej trudnej historii…

*

Urodzony z dala od Śląska (w 1905 r. w Rudkach nieopodal Lwowa), przybył w te strony Bolesław Surówka w 1923 roku. Stał dopiero przed perspektywą studiów. Następne lata spędził więc głównie na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (gdzie osiągnął stopień magistra prawa) i we francuskim Lille (gdzie skończył Wyższą Szkołę Dziennikarską oraz Wyższą Szkołę Nauk Społecznych i Politycznych). Szybko przekonał się, że wybór ten wyszedł naprzeciw życiowej szansie. W Katowicach poznał Wojciecha Korfantego. Z nim jego ojciec był zaprzyjaźniony (będąc adwokatem w Syndykacie Hut Żelaznych). W ten sposób trafił do katowickiej „Polonii”, gdzie wkrótce ujawnił dziennikarski talent. Trzeźwy obserwator śląskiej codzienności nie pozostawał dłużny nikomu – obłudzie strojących się pokojowe piórka Niemców zza nieodległej granicy, separatystom spod znaku środowisk ślązakowskich, ziejących nienawiścią ku Polsce, jak również ludziom związanym z Piłsudskim, wychylającym się zza pleców Grażyńskiego. Z tego powodu atakowani przeciwnicy odpowiadali mu pięknym za nadobne – młodego dziennikarza obrzucali drwinami i wymyślnymi epitetami. Rzecz to jednak bardzo ciekawa - żadne z tych określeń („wesołek korfantowy”, „błazen polonijny” bądź wprost „zapluty karzeł”) nie przywarło do Surówki na stałe. Zapamiętany został jako „Niejaki X” – wielki dziennikarz i wielki patriota, wzór rzetelnego dziennikarstwa.

Śląsk, który zastał

Śląsk, który zastał był już podzielony. Niedawna umowa, podpisana w Genewie (potocznie zwana konwencją górnośląską) sztucznie dzieliła zwarty dotąd obszar. Granica przebiegała wzdłuż ulic i podwórek, nienaturalnie dzieliła rodziny. Wielu ludzi przedzielonych granicą skłaniało to do trudnych wyborów – żyć w rozłące ze swymi bliskimi czy zmienić swe miejsce pobytu. Jednak nie tylko łączenie rodzin było przyczyną migracji. Z jednej i drugiej strony granicy migrowali Polacy i Niemcy. Jedni gnani obawą przed odwetem za swą polską postawę w czasie powstań, drudzy – niemożnością pogodzenia się z wizją życia pod dominacją Rzeczypospolitej. Po obu stronach nowej granicy zmieniały się proporcje etniczne. O ile w Katowicach przed wybuchem powstań liczbę Polaków szacowano na 20%, pod koniec okresu międzywojennego liczba ta wzrosła do 60% (Niemców liczono na 20%). Proces ten jednak nie mógł oznaczać by proporcje się całkiem odwróciły. Odwiedzający niemiecką część Górnego Śląska Bolesław Surówka zauważał: „…polskość, nawet w silnie zniemczonych miastach, jak Bytom, Zabrze czy Gliwice, dawała o sobie znać niemal na każdym kroku.(…). Po polsku można się było więc wszędzie rozmówić, w sklepach czy w restauracjach, a na ulicach język polski słyszało się bardzo często”.

Po polskiej stronie nowej granicy następowały tymczasem szybkie zmiany. Skutecznie zacierano niemieckie nazwy miejscowości, którym „chrzciciele” spod znaku hakaty chcieli otworzyć germańską przyszłość. Zresztą powrót do starych nazw nie nastręczał najmniejszych kłopotów. Wszystkie nazwy były polskie od wieków, zaś nowe niemieckie – dostrzegał Surówka – nawet Niemców raziły dziwacznością. Bo jak ocenić „Morgenroth”, nazwę wcześniejszego Chebzia, tłumaczoną jako „Jutrzenkę” albo „Gwiazdę poranną” – jeśli uwzględni się niezbyt szczytną sławę ówczesnych mieszkańców miejscowości? Jak odnieść się do nazwy Ligoty przechrzczonej jako „Idaweiche” („Rozjazd Idy”)? Jak do nowej nazwy Murcek, przezwanych „Emmanuelssegen” („Błogosławieństwo Emanuela”)

O kolorycie cząstki Górnego Śląska, przyznanej Rzeczypospolitej, decydowało wiele czynników. Surówka opisywał je dosadnie. Dosadnie więc odnosił się także do kręgu śląskich separatystów. Nie skrywał prawdy, i dziś wymownej, że kilka tytułów prasowych w ich rękach („o bardzo niedobrej sławie”) cieszyło się wsparciem finansowym Niemców, zainteresowanych utrzymywaniem aury wrogości wobec państwa polskiego i polskości. Lekkie pióro wytrawnego dziennikarza nie oszczędzało separatystów. Tak przedstawiał Jana Kustosa, propagatora śląskiej odrębności: „Co do Kustosa, to ten był również kanalią, tyle że polityczną. Propagował oderwanie Górnego Śląska od Polski i stworzenie z niego osobnego państwa pod protektoratem Polski i Niemiec. Nie uznawał też pojęcia „Polak” w stosunku do rodowitych mieszkańców Śląska, nazywając ich tylko „Górnoślązakami” i przeciwstawiał ich „Polakom”, czyli przybyszom z innych dzielnic Polski.”

Nie inaczej Surówka oceniał innego separatystę, Józefa Kożdonia z Cieszyna, szefa Śląskiej Partii Ludowej, co „atakował zawsze tylko Polskę”. Na ludzi tego pokroju, głoszących, że „Ślązak nie tęskni do matki Polski”, spoglądał Surówka okiem zdecydowanej większości Polaków, widząc w nich głównie proniemiecką rzeszę nienawidzących Polski renegatów.

Śląsk Korfantego – Śląsk Grażyńskiego

Obecność w środku świata śląskiej prasy pozwoliła mu poznać miejscowe realia. Na Górnym Śląsku w najlepsze trwał podział na „grażynioków” i „korfanciorzy”. Miał on swe źródła w trzecim powstaniu, gdy Wojciech Korfanty jako dyktator doświadczył frondy tzw. Grupy „Wschód” (jej ideologiem był Grażyński). Zarzuty kierowane pod jego adresem były niezwykle poważne: zdrada interesów polskich, wyrażająca się w dążeniu do wygaszenia powstania i nawiązania rozmów z Niemcami, a nawet w skłonności ku separatyzmowi i utworzeniu niepodległej republiki śląskiej. Korfanty do końca życia odpierał te zarzuty, jednakże plama na honorze i autorytecie (z pozoru niepodważalnym) pozostała, starannie podtrzymywana przez ludzi powiązanych z Michałem Grażyńskim.

Obaj politycy, delikatnie mówiąc, nie pałali do siebie sympatią. A mimo to spór ten tylko z pozoru był osobisty. Grażyński dostrzegał siłę Korfantego, niezmiennie zdolnego porywać śląskie masy na przekór ambicjom pomniejszych polityków i planom pierwszorzędnych rywali. Znał też opinie powtarzane na Zachodzie („Times”), że jest Korfanty „na tym brzegu Odry wszechwładnym panem”, i że „ani okruszyna węgla nie wyjedzie z kopalni, o ile on nie odwoła strajku i nie zarządzi naprawy toru kolejowego.” Wrogów „Wojtka” jątrzył jego skrajnie nie lewicowy światopogląd, sposób widzenia zagadnień gospodarczych i roli pieniądza w polityce. Jeden z najbogatszych ludzi w Rzeczypospolitej nie traktował dostatku jako koniecznego następstwa wyzysku klasy robotniczej. Swego statusu nie zamierzał się też wstydzić. Bezpośrednio po złączeniu części Śląska z Polską zasiadał w kilku radach nadzorczych, przejmując wpływ nad niemałą częścią gospodarki Górnego Śląska. Na tle kryzysu szalejącego w Polsce bogactwo Korfantego musiało wielu razić. Żywiołem „Korfa”, giełdowego gracza, pozostawały weksle, akcje, kursy walut, transakcje, na których budował potężny kapitał i … polityczną niezależność. Dlatego szybko znaleźli się ludzie, uderzający w jego popularność. Dla nich był „Wojtek” uosobieniem kłamstwa i wyzysku robotników w jednym – ucieleśnieniem stosunku elit do narodu, który ówczesna „Polska Zachodnia” (organ prasowy Grażyńskiego) charakteryzowała wprost jako relację zachodzącą „pomiędzy pijawką a ciałem”. Czy była to jednak ocena uczciwa, wolna od schematyzmu i uproszczeń? Przed laty celnie opisał ten problem Kajetan Dzierżykraj-Morawski: „W kraju ubogim, rolniczym, nie przemysłowym, w narodzie stanowiącym dziwny, a często romantycznie zabarwiony amalgamat feudalizmu z rewolucjonizmem, bogacenie się było zaledwie tolerowane, i to o ile nie szło w parze ze służbą publiczną. Jedynie posiadanie własnego kawałka ziemi, jakichś Piekliszek czy Chludowa, nie budziło zastrzeżeń u spadkobierców wielowiekowej tradycji szlachecko-chłopskiej. (…). Szukając drogi, która w wielu krajach europejskich byłaby droga normalną, popełnił Korfanty w ówczesnych warunkach polskich niewątpliwie pomyłkę.” I przy tym pozostańmy.

*

Tymczasem w aurze najostrzejszych ataków powziął Korfanty doniosłą myśl o ustanowieniu wpływowego pisma. Gdy 27 września 1924 r. w Katowicach ukazywał się pierwszy numer „Polonii”, krąg politycznych przeciwników „Korfa” nie przebierał już w żadnych środkach. Ziejący nienawiścią Wojciech Stpiczyński (red. nacz. „Głosu Prawdy”, piłsudczyk i wolnomularz) pisał o nim jako „wczorajszym nędzarzu – dzisiejszym magnacie”, który bez skrupułów „firmował najciemniejsze spekulacje przemysłowców niemieckich”. Inne pismo piłsudczykowskie („Głos”) przypinało mu wręcz łatkę anarchisty, bojówkarza, demagoga i alkoholika: „Przed, w czasie i po pracy – koniaczek, w akcji politycznej z reguły - bojówki.”

Nic więc dziwnego, że zależało Korfantemu na utworzeniu opiniotwórczego pisma. Dla niego zakupił od Maxa Bartelsa drukarnię na terenie Rybnika, w Katowicach zaś (przy ul. Sobieskiego 11) powołał do życia Śląskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze z kapitałem przekraczającym 1 mln zł(!). Na koniec zgromadził pod swoją egidą doborowe kolegium dziennikarskie.

„Polonia”

W nim znalazł się Bolesław Surówka. Do niego Korfanty, jak pokaże przyszłość, wykazał szczególne wyczucie. „Ja byłem najmłodszym dziennikarzem – wspominał Surówka – no i też, prawdę powiedziawszy, zupełnym nowicjuszem w zawodzie dziennikarskim (…). Na szczęście nad moją praktyczną edukacją dziennikarską czuwały dwie, można by rzec, „stare wygi” dziennikarskie, a równocześnie doskonali koledzy: Władysław Zabawski i Jan Smotrycki, więc rychło wciągnąłem się całkiem do tego co miałem robić.” Oni udzielali mu podstawowych rad co do warsztatu dziennikarza: że na tym polu ważna jest „nie tyle ilość informacji, ile ich jakość, czyli forma podania – to znaczy możliwie zwięzła, przede wszystkim zaś zaciekawiająca czytelnika. No i trochę dowcipna, byleby ten dowcip nie był ciągniony za włosy.(…).”

Łatwo zgadnąć, że katowicka „Polonia” okazała się trudnym przeciwnikiem dla piłsudczyków. Śląska sanacja (po przejęciu władzy przez Piłsudskiego w 1926 r.) pod wodzą nowego wojewody, Michała Grażyńskiego, podjęła tę niełatwą walkę. Próby rozbicia „Polonii” od środka nie przyniosły jednak żadnego rezultatu. Nie wiele też pomogły liczne szykany finansowe. „I tak(…) w okresie osławionego Brześcia – wspominał Bolesław Surówka - gdy toczyła się walka wyborcza (wybory jesienne 1930 r.) , w której sanacja nie przebierała w żadnych absolutnie środkach, zażądano od „Polonii” natychmiastowego zapłacenia jakiejś wyimaginowanej należności w wysokości 3 tysięcy złotych. Ponieważ nakaz zapłaty przyszedł wieczorem i brzmiał jako natychmiastowy, trudno było o tej porze zdobyć gdzieś odpowiednia gotówkę(…). Na to tylko czekał komornik asystujący przy wręczaniu nakazu płatniczego i od razu opieczętował - maszynę rotacyjną (wartą kilkaset tysięcy zł. – KT).”

Inną odsłonę sanacyjnych rządów stanowiła instytucja cenzora. W Katowicach swoją siedzibę posiadał w budynku sądu przy ul. Mikołowskiej. Tam dyżurny cenzor – z reguły sędzia śledczy – analizował treść najnowszego wydania, „czytał szybko gazetę i gdy znajdywał w niej coś, co uważał za godne skonfiskowania, zakreślał dany akapit czy nawet kilka wierszy lub zgoła jakiś tytuł i wręczał gazetę czekającemu w pokoju policjantowi. Ten wsiadał do naszego auta(…) które zawoziło przedstawiciela władzy do drukarni. Tam wstrzymywano maszynę rotacyjną, dłutem wydłubywano z odnośnej półwalcowatej płyty inkryminowane wiersze, następnie sporządzano czerwony nadruk „Drugie wydanie po konfiskacie”(…) i pismo szło już teraz z maszyn upstrzone jedną czy kilkoma białymi plamami.”

Drobne te przykłady niechaj służą tym, dla których i dziś rządy sanacji jawią się wyłącznie w pozytywnych barwach.

*

„Polonia” władzy nie pozostawała dłużna, w tym pióro redaktora Surówki. Atakując „Polskę Zachodnią” Grażyńskiego doczekał się wprawdzie procesu. Jednocześnie jednak rozgłosu nabrały jego felietony „Pod włos”. Na tyle, że ta udana polemika „z bzdurą natury politycznej” doczekała się uznania samego Korfantego i odtąd było „mi wolno pisać to, co mi się żywnie podoba.” A cóż w tym „podwłosiu” wyśmiewał? A był tu pomysł niejakiej Wielopolskiej, by profil Giewontu przerobić z pomocą dynamitu tak, by przypominał twarz Piłsudskiego... Surówka trzeźwo zalecał więc, by innym szczytom nadać nowe nazwy: szczyt Durny zwałby się odtąd szczytem Generała Składkowskiego, Baranie Rogi – szczytem Jędrzejewiczów, natomiast Wołowiec otrzymałby nazwę szczytu pułkownika Becka…

Ironia i kpina pod piórem Surówki przybrała wytrawny charakter. To dzięki temu mógł dość swobodnie bić „po sanacyjnych bonzach” (jakkolwiek sam wojewoda Grażyński miał być dla niego obszarem nietykalnego „tabu”). Bijąc w „włodarza ziemicy śląskiej” doczekał się więc aż dwóch konfiskat, ponosząc koszty skłonności do kpin z nadętych uroczystości „ku czci”. A mimo to jednak – dodajmy w imię prawdy - stać było nawet czasem „Polonię” na słowa uznania dla Grażyńskiego: „Tak tedy – pisał po latach Surówka – jeśli z jednej strony Grażyński jako nasz przeciwnik polityczny był groźny i nie przebierał w środkach, to z drugiej trudno w nim nie uznać człowieka, który w administracyjnym i gospodarczym, a także w pewnym stopniu kulturalnym rozwoju Śląska ma duże i godne zapamiętania zasługi.”

Czy w tym poziomie dziennikarskiej krytyki było coś ze współczesnego nam kpiarstwa, jakże typowego dla „znanych” celebrytów i tanich masowych tabloidów? Czy w takim sposobie dziennikarskiej ironii, jaki na co dzień prezentował Surówka, jest chociaż cień tej umysłowej miałkości i próżnej zaciętości, obecnej u części dzisiejszych „dziennikarzy”? Wydaje się wręcz koniecznym stwierdzić, że samo porównanie urąga… Urąga, rzecz jasna, pamięci dziennikarza, pamiętającego o najwyższych wartościach (których nie trzeba artykułować) i granicach, których nie należy przekraczać. Ważna to przestroga dla współczesnych adeptów odpowiedzialnej sztuki dziennikarskiej.

Żurnalista – oficer kampanii wrześniowej

W latach trzydziestych był już Surówka uznanym i wytrawnym dziennikarzem. Pełnił w tym czasie funkcję kierownika redakcji aż dwóch tytułów, należących do koncernu „Polonii” - „Kuriera Wieczornego” i „Siedmiu Groszy”. Dawało mu to pozycję wyjątkową, zważywszy że rynek ówczesnej śląskiej prasy był drugim z największych po Warszawie. Przerwała to wojna, wschodząca na horyzont II Rzeczypospolitej.

Rozkaz mobilizacyjny otrzymał Surówka 24 sierpnia 1939 r. Przemierzając drogę do Śląskich Zakładów Technicznych (gdzie przewidziano uformowanie batalionu) oglądał miasto wyraźnie odmienione: „Katowice w tym dniu – przekazał we wspomnieniach – wyglądały już zupełnie inaczej niż wczoraj. Częściowa mobilizacja ogarnęła już tego ranka tysiące ludzi. Wszędzie widziało się zaaferowanych mężczyzn, spieszących z kuferkami i walizkami w rozmaitych kierunkach. Wielu było w mundurach. Nastrój był – trudno to określić – jakiś taki finałowy. Coś się kończyło, zamykało czy odchodziło. Ba – odchodziła cała epoka. Czuło się to w powietrzu. Jutro wyglądało posępnie.” A jednak nastroje nie były pesymistyczne (o czym świadczą powyższe wspomnienia). Powołani do wojska rodowici Ślązacy jednoznacznie tę prawdę potwierdzali. Kompania, którą formował Surówka, składała się głównie z katowiczan: „Odgrażano się „pierońskim Germanom” ile tylko wlezie i obiecywano sobie, że jak tylko spróbują, to nakopiemy im do rzyci, że im się na zawsze odechce wojny.”Atak niemiecki przywitał Surówkę w zabudowaniach koszar w Oświęcimiu (tam gdzie niedługo niemieccy naziści utworzą obóz zagłady Auschwitz!). Pierwsze bomby z niemieckich sztukasów spadły tu już o świcie (1 września). Natychmiast zrodziły wielką panikę, która osiągnęła poziom chaosu. „Pożar w burdelu podczas powodzi” – komentował dosadnie Surówka. Z trudem przyszło opanować chaos zaskoczonej tym kadrze oficerskiej. W przekonaniu Surówki, „wszystko to razem wyglądało dosyć symbolicznie.” I trudno mu odmówić racji.

Walki wrześniowe przebył Surówka jako oficer kompanii marszowej 73 Pułku Piechoty, w ramach Grupy Operacyjnej „Śląsk” (będącej częścią Armii „Kraków”). Przechodząc szlak od kobiórskich lasów aż po Tomaszów Lubelski stał się mimowolnie świadkiem bohaterstwa i brawury wielu Ślązaków. Z zachowanych wspomnień wyłania się obraz niezłomności prostego żołnierza. Aż po bój ostatni, stoczony pod Tomaszowem Lubelskim: „(…)mijał trzeci tydzień wojny – wspominał – trzeci tydzień ustawicznej walki, nadludzkiego wysiłku, jakiego wymagał każdy marsz, trzeci tydzień niespania i głodowania. Ale wśród tych resztek śląskiej dywizji duch jeszcze nie był upadł i teraz, gdy zaczęliśmy rozwijać się do natarcia, tez nikt się nie ociągał i nie tchórzył. Choć wszyscy wiedzieli, że to będzie chyba najcięższy bój w całej kampanii.(…).”

W niemieckie ręce wpadł dopiero ranny, gdy bitwa już się zakończyła, a głuche odgłosy serii z karabinów powoli zaczęły ucichać. Nie tylko dla porucznika Surówki kończyła się tu pewna epoka. W epoce tej całość swojego życia poświęcił w służbie dla polskości Śląska. I tak swoją rolę pojmował przez lata jako redaktor „Polonii”. I taką też spełnił jako oficer we wrześniu 1939 r.

*

Dziennikarskiemu powołaniu pozostał wierny do końca długiego życia. Gdy zatem wraz z zakończeniem wojny ponownie zjawił się w Katowicach, trafił do „Dziennika Zachodniego”, formalnie godząc się z nową rzeczywistością i mieszcząc się, choć z trudem, w jej ramach. Właściwym wyznacznikiem jego postawy do końca pozostał patriotyzm – głębokie umiłowanie Polski i polskości i radość z przywrócenia Polsce Śląska. Efektem jego uniesień patriotycznych były podróże po Ziemiach Odzyskanych. I oto ponownie, zaraz po wojnie, odżyła w nim dziennikarska pasja. Owocem wędrówek po Ziemiach Zachodnich stała się seria jego barwnych felietonów. I znów nie było w nich nic z patetyzmu. Surówka był patriotą prawdziwym.

I takim powinien być on przede wszystkim dla współczesnych nam żurnalistów. Szczególnie dla tych, którzy i dziś tak chętnie oddają swe pióro obcym, koncernom medialnym i innym grupom wpływu, zakłamującym śląską rzeczywistość. Bo ile wspólnego miałby z nimi dzisiaj sławetny redaktor „Polonii”? Czy patrzyłby biernie na nadużywanie historii Śląska w celach politycznych? Czy wierny myśli Wojciecha Korfantego, milczałby, słysząc głosy, kwestionujące polskość Śląska i Ślązaków? Czy byłby obojętny patrząc na `działania, podsycające nienawiść do rodaków z innych dzielnic? Tego z pewnością już się nie dowiemy, ale odpowiedzi możemy się domyślać…

surówka (65 kB)
dr Krzysztof Tracki
Prezes Fundacji Patriotycznej Silesia Superior,
nauczyciel historii w katowickich szkołach średnich,
autor książki „Młodość Witolda Pileckiego” (nowość na półkach księgarskich)


ROTMISTRZ Pilecki

Zdziwicie się pewno co rotmistrz Witold Pilecki może mieć wspólnego z Śmiłowicami? Ma i to dużo dzięki mieszkańcowi Śmiłowic Panu Krzysztoowi Trackiemu. Doktor historii Krzysztof Tracki jest autorem książki "Młodość Witolda Pileckiego"

tracki01 (90 kB)
Oto recenzja wydawcy:

Książka Krzysztofa Trackiego skupia się na mało znanej czytelnikom i badaczom części życia Witolda Pileckiego - jego młodości. Autor porządkuje obraz przeszłości bohatera i stawia między innymi pytania o rolę i związek historii rodowej z późniejszymi postawami "ochotnika do Auschwitz". Czy przeszłość rodowa i doświadczenia dzieciństwa odegrały tu jakąś istotną rolę? Dzieciństwo w karelskim Ołońcu (1901-1910), w tym katolickie praktyki religijne, odbywane niczym w katakumbach pierwszych chrześcijan; przybycie do rodzimego Wilna (1910); harcerstwo tworzone jeszcze w konspiracji; dorastanie w cieniu pierwszej wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, w końcu walka o granice odrodzonej Polski – wszystko to nie mogło nie wywrzeć wpływu na postawy i zapatrywania późniejszej ofiary obu totalitaryzmów. Pilecki – jak zaznacza Autor – nie narodził się niczym Minerwa z głowy Zeusa. Zrodziła go przeszłość jego przodków – jego rodziny i jego kraju. Poczucie bezpośredniego związku losów osobistych z losami Ojczyzny stanowi zatem właściwy klucz do zrozumienia postawy Witolda Pileckiego.

Tutaj możesz przeczytać darmowy fragment:

Młodość Witolda Pileckiego

Krzysztof Tracki o rotmistrzu Witoldzie Pileckim

Notka o autorze

tracki02 (15 kB)

Krzysztof Tracki (ur. 1971 r. w Katowicach) - absolwent Instytutu Historii na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, gdzie w roku 2003 doktoryzował się w zakresie stanisławowskiej Rzeczypospolitej. Na kwerendę do badań naukowych na temat młodości Witolda Pileckiego otrzymał stypendium Narodowego Centrum Kultury. Publikuje artykuły naukowe, popularne i publicystyczne. Od lat współpracuje z pismem Polaków na Litwie Nasz Czas; w Wilnie ukazała się jego książka "Ostatni kanclerz litewski" (2007). Jest prezesem Fundacji Patriotycznej "Silesia Superior", przywracającej polską pamięć historyczną na Górnym Śląsku. Na co dzień wykłada w katowickich szkołach średnich.

Młodość Witolda Pileckiego

gmb


Fakty z najstarszej historii Śmiłowic

Są w 100% sprawdzone i zweryfikowane przez autora poniższego artykułu Pana Mariusza Dawida oraz dr historii Pana Krzysztofa Trackiego, mieszkańca Śmiłowic.

Przynależność polityczna Śmiłowic:
Teren Śmiłowic pozostawał pierwotnie częścią kasztelanii bytomskiej, stanowiącej organ administracji lokalnej Polski wczesnopiastowskiej. Do roku 1179 był integralną częścią dzielnicy małopolskiej. Kasztelania bytomska została wówczas podarowana przez księcia Kazimierza Sprawiedliwego jego bratankowi Mieszku Plątonogiemu i odtąd stanowiła część składową dzielnicy raciborskiej (a tym samym historycznego Śląska). Najpewniej swe powstanie Śmiłowice zawdzięczały dogodnemu położeniu na trakcie handlowym, wiodącym z Wrocławia do Krakowa. Być może zatem już w najdawniejszych czasach istniała tu przydrożna gospoda, zwana później "Złotą Oberżą". Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z XIV wieku, gdy teren ówczesnej kasztelani bytomskiej znajdował się już pod zwierzchnictwem lennym kolejnych królów czeskich (od 1327 r.). W XV wieku Mikołów z okolicami (w tym również Śmiłowice) znalazł się pod czasowym zarządem bratanicy króla Władysława Jagiełły, Heleny Korybutówny (podarowany w dożywocie przez jej piastowskiego męża, Jana II Żelaznego). W 1462 r. Śmiłowice weszły w granice księstwa opawskiego. Na skutek wielu transakcji handlowych wkrótce zmieniły swoją przynależność, by w końcu (od 1548 r.) znaleźć się, wraz z wydzielonym księstwem pszczyńskim, w posiadaniu rodziny Promnitzów.

Epizody:
Rozległe lasy sprzyjały rozwojowi gospodarki drzewnej w Śmiłowicach. Z woli panów pszczyńskich powstał tu książęcy tartak, zaś wieś od 1850 roku wchodziła w skład okręgu dworskiego nazywanego Dominium. Na jego czele stał książęcy zarządca. Na początku XX wieku był nim leśniczy z pobliskiej Rety, niejaki Edward Hoffman.

W 1902 roku Śmiłowice zamieszkiwały 172 osoby. Istniała tu już gospoda oraz szkoła.

Ówcześna wieś była obecna na pocztówkach, możliwych do kupienia w okolicznych urzędach pocztowych.

[Rozmiar: 88996 bajtów]

Pomimo zwierzchnictwa książąt pszczyńskich Śmiłowice w tym czasie podlegały zmianom wynikającym z polityki państwa niemieckiego. Na skutek reformy administracyjnej tworzyły odrębną gminę - Gemeine Smilowitz. Głową jej był naczelnik. Na przełom wieku XIX i XX przypada zapewne umiarkowany napływ kolonistów z głębi Niemiec (o czym w pewnym stopniu mogą świadczyć niemiecko brzmiące nazwiska).

Ludność Śmiłowic w niemałym stopniu wspomogła powstania śląskie.

We wrześniu 1939 roku na wzgórzach okalających naszą miejscowość doszło do walk z agresorem niemieckim. Miejscowe bunkry (bronione przez żołnierzy 73 pp z Sarn) zostały zaatakowane przez oddziały Wehrmachtu (VIII Korpusu Armijnego gen. por. Ernsta Busha) oraz - według wszelkiego prawdopodobieństwa - dezerterów z rybnickiej kompanii Obrony Narodowej, ubranych w polskie mundury. Wielu mieszkańców naszego terenu stawiało bohaterski opór najeźdźcy (w dniach 2 i 3 września) w obronie umocnień Sośniej Góry (wzgórza 341) w ramach mikołowskiej kompanii ON, rekrutującej się głównie z powstańców.

Mariusz Dawid
Opiekun Świetlicy przy OSP Śmiłowice


Herb Śmiłowic w relacji Mariana Gumowskiego

Herb Śmiłowic

W książce Herby i Pieczęcie Miejscowości Wojew. Śląskiego z 438 rycinami, wydanej w 1939 roku w Katowicach, Marian Gumowski pisał:
ŚMIŁOWICE – wieś w pow. pszczyńskim, posiada herb własny z wyobrażeniem stojącego żołnierza z szablą przy boku i dzidą w ręce, a obok małego grajka ze skrzypkami (?). Tak widzimy na pieczęci gminnej z XVIII wieku pochodzącej, która ma napis: SMILOWITZ GEM.S. ) PLESSNER / CREYS (24 mm) i znalazła się na dokumencie z 1861 r. w Archiwum śląskim. Następne pieczęcie, zarówno niemiecka jak i polska, są już bezherbowe i mają sam napis na sobie. Jedna ma: GEMEINDE / SMILOWITZ / KR. PLESS (23 mm). Druga powstała po 1921 r., nosi napis: GMINA / SMIŁOWICE / Pow. Pszczyński (32 mm) i jest do dziś dnia w użyciu. Herb na XVIII-wiecznej pieczęci widoczny, może być oddany w kolorach i może mieć złotego żołnierza i białego grajka na tle niebieskim.

O ile wiadomo, była to pierwsza publikacja, w której herb Śmiłowic został uwzględniony.

Dzieje herbu i jego symbolika

Herb Śmiłowic pochodzi prawdopodobnie z XVIII wieku; brak jakichkolwiek dowodów na jego wcześniejsze istnienie. Jego znaczenie pozostaje dla nas zagadką; nie wiadomo, czy ma on charakter arbitralny, czy też nawiązuje do jakichś faktów lub wydarzeń z historii Śmiłowic.

Pieczęć herbowa wsi, wprowadzona zapewne w połowie XVIII wieku, pozostawała w użyciu do roku 1864 roku, kiedy to zastąpiona została definitywnie pieczęcią bezherbową. Z czasem herb wsi wyszedł z użycia i – pomimo informacji zawartych w pracy M. Gumowskiego – popadł on w zupełne zapomnienie. Po roku 2004 powrócono nieformalnie do jego używania, również w wersji barwnej; herb Śmiłowic pojawił się m.in. w kilku publikacjach poświęconych historii Mikołowa, a także na ścianie frontowej siedziby Rady Sołeckiej i OSP w Śmiłowicach, przy ul. Jana Kawalca 29.

Sołtysówka Sołtysówka

Oryginalny odcisk pieczęci herbowej Śmiłowic nie jest obecnie znany, nie ma więc pewności, jak dokładnie wyglądał herb.

Barwna wersja herbu Śmiłowic, której się obecnie (od 2004) używa, oparta została na rysunku zamieszczonym w książce M. Gumowskiego; skorzystano też ze wskazówek Gumowskiego w kwestii kolorystyki herbu.

Źródło: http://pl.mikopedia.wikia.com


Śmiłowice na starych mapach

Książka

W 2007 r nakładem "Miejskiej Placówki Muzealnej w Mikołowie" zostało wydane opracowanie Piotra Greinera i Michała Mączki: "ŹRÓDŁA KARTOGRAFICZNE DO DZIEJÓW MIKOŁOWA (DO 1945 ROKU)". Praca ta zawiera również reprinty starych map na których znajdują się także Śmiłowice i Reta. Poniżej przedstawiam Państwu kilka z nich. Aby zobaczyć powiększenie należy kliknąć w zdjęcie mapy. Proszę zwrócić uwagę na pierwszą, najstarszą mapę z 1736 r. Tam nazwy większości miejscowości (w tym Śmiłowic) są pisane zarówno po niemiecku, jak i po polsku.)

gmb

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa

Mapa Mapa


PODANIE O KAPLICZCE W ŚMIŁOWICACH ORAZ JEŹDŹCU BEZ GŁOWY

”We Śmiłowicach kole szkoły, na tym winklu, kaj to sie terozki ze szosy na nowy kościół skrynco, stoi staro kapliczka. To starzi ludzie we wsi łosprawiali, co kole tyj kapliczki pokazowoł sie piyrwyj jeździec na koniu, ale bez gowy. Znaczy sie duch. I cołki był we zbroji. Możno to był keryś z łonych Szwedów, co to ponoć pode kapliczkom leżom ? Kiej w Mokrym, bo sam tyż majom tako kapliczka przi drodze i Szwedy som bezma pod niom pochowani, pra? No, ale terazki to tyn wojok bez gowy już downo sie żodnymu nikaj we Śmilowicach niy pokozał. Ja, tóż to kupa lot bydzie ...

A to miyjsce, kaj kapliczka stoi, to pieronym pechowe je .. Tam downij zaczasło jednego gospodorza, co to zaraz kole nij mioł chałpa i tam miyszkoł. l roz sie zdarziło, co łon wyjyżdżoł furom z placu, no i chcioł na ta szosa na Mikołów wyjechać, pra, a tu łoroz - pieron w niego szczelił i na miyjscu go zabiył. I konia tyż, łobu .. Tak boło, ja som żech to widzioł. Beztóż jeszcze dugo potym ludzie boli sie tamtyndy łazić, wele tyj kapliczki. Znaczy sie chopy to niy, ale baby i dziecka to pierzińskiego stracha mieli. A łona - ta kapliczka - to już lata tukej stoi, najstarsze ludzie na wsi niy wiedzom kedy jom stawiali. Możno za Niymca?”




Jesteś

gościem na tej stronie
od 2 lutego 2013 r.


Reklama Reklama Reklama
Administrator strony

Copyright © 2013 gmb. All Rights Reserved.